Muzeum Krakowa - oddział Ulica Pomorska i Rada Dzielnicy V zapraszają na spotkanie z cyklu: Porozmawiajmy o Krowodrzy
Tytuł: Zwierzęta (w) Krowodrzy: odrzywoły -> biopolis?
ulica Pomorska 2
8 października 2026 r. (czwartek)
godz. 18:00
wstęp wolny
Udział wezmą:
Barbara Biel — b. Przewodnicząca Dzielnicy V Krowodrza, rodowita Krowodrzanka
Dr Joanna Gellner — Historyczka i archeolożka, obecnie adiunkt
w Dziale Fotografii Krakowskiej Muzeum Krakowa
Pomysł i prowadzenie: Łukasz Mańczyk
Opis spotkania:
Nazwa Krowodrza oznacza w staropolszczyźnie obdzieranie krowy ze skóry. Oskórowanie następuje kosztem odebrania życia.
Etymologia miejsca życia dzisiejszych Krowodrzan bierze się więc z krwawych praktyk. Przez kolejne wieki zwierzęta gospodarcze były nieodłączną częścią gospodarstw rolnych. Jednak o czasach, gdy podstawą tutejszego gospodarowania byłby akurat ubój czy garbarstwo, dowiadujemy się głównie z nazwy. Nie ma dowodów na to, by chów bydła i trzody oraz przetwórstwo mięsne były w naszych okolicach kiedykolwiek ważniejsze od szeroko pojętej produkcji rolnej. Sama zmiana profilu upraw z rolniczego na ogrodniczy też zrobiła swoje.
Z czasem zwierząt gospodarczych i tak ubywało, a przybywało tych domowych. Zrazu pilnujących dobytku i domostwa, teraz zaś głównie przyjaciół.
Nasza wiedza o historii krowoderskich zwierząt jest szczątkowa i wymaga uporządkowania. Wiemy z grubsza, że ostatni koń na Krowodrzy mieszkał przy ulicy Wrocławskiej. Która rodzina pozbyła się jako ostatnia krowy jako ostatnia. I że krowy wypasało się, wspólnie z gospodarzami innych Wsi Ogrodników i Zwierzyńca, na Błoniach. I że formalnie przywilej ten zlikwidowano stosunkowo późno. Od czasów królewskich przetrwał on aż do pierwszych lat po II wojnie światowej.
Z kolei w okresie Generalnego Gubernatorstwa na terenie dawnej Nowej Wsi znajdował się szpital dla koni. To przyczynek do choćby modnego obecnie poznawania roli zwierząt podczas działań zbrojnych. Itp., itd.
Szczątkowe informacje należy zestawiać z szerszymi procesami. Uogólnienia zaś opierać się muszą na faktach.
Traktowanie zwierząt staje się z czasem coraz bardziej humanitarne. Częścią tej zmiany jest modyfikacja słownictwa, która doprowadziła aktualnie do powstania przeciwstawnych narracji, opartych na różnych założeniach światopoglądowych i charakterystycznych słowach-kluczach. Dominację człowieka nad przyrodą ożywioną i nieożywioną część pro-ekologicznie zorientowanych działaczy nazywa antropocenem. Zwolennicy zaś tradycyjnego ładu mówią o zagrożeniu przez ekologizm.
Nawet godzące nas niegdyś, pochodzące od świętego Franciszka określenie „bracia mniejsi”, może dzielić. Wówczas ewidentnie prozwierzęce, posługiwało się określeniem „brat”, z przydomkiem jednak „mniejszy”. Rozróżniało bliźnich i ich zwierzęcych towarzyszy, tych ostatnich każąc jednak traktować jak braci. Dziś uchodzić by mogło za przywłaszczanie sobie prawa ustalania hierarchii, w ślad za którą idzie nierówna dystrybucja praw. Jesteśmy w samym środku tego sporu. Postpolityka zaś do niego dodatkowo zachęca.
Na spotkaniu nie będziemy rozstrzygać, czy i na ile ewoluować powinna ochrona prawna zwierząt, na ile zaś pierwszeństwo dać ewolucyjnym zmianom prawa zwyczajowego. Na ile wegetarianizm jest wynikiem rewolucji etycznej, na ile zaś może być ideologią uzasadniającą tańsze i bezpieczniejsze dla środowiska naturalnego wyżywienie coraz liczniejszej populacji ludzi. Porozmawiamy o przemianie obyczajów i związanych z nimi inwestycjami w infrastrukturę. Nie
można jednak zapominać o dobrostanie samych zwierząt, narzędziach jego oceny i takim planowaniu, by z przestrzeni wspólnej korzystać mogły różne istoty. By realizując swoje człowieczeństwo i związane z nim cele, traktować otoczenie jako biopolis.
Warto o tych kontekstach pamiętać w tle.
Do rozmowy zaprosiłem dr Joanną Gellner, kuratorkę głośnej wystawy „Miasto zwierząt” oraz Barbarę Biel, zaangażowaną w popularyzację historii mówionej
i, poprzez sieć kontaktów, koordynującą de facto działania najstarszych krowoderskich rodzin na rzecz lokalnego dziedzictwa.
Oprac. Łukasz Mańczyk
